Przegląd prasy
FUNDATORZY NADZIEI
Trudno przekonać ofiary ciężkich wypadków do uprawiania sportu. Jeśli jednak już się uda, błyskawicznie łapią bakcyla. I znów chcą żyć.
Dominik Rymer złamał kręgosłup na odcinku szyjnym, gdy miał 16 lat. Skakał na główkę do jeziora. Przez rok rodzice ubierali go, karmili i myli. Kiedy go podnoszono, tracił przytomność, bo do głowy nagle dopływał ciepły, mdlący smak krwi. - Pomyślałem sobie, że to już koniec, że zostaną tylko cztery ściany i pilot w ręku - wspomina Dominik. Dziś ma 26 lat, a jego życie wygląda zupełnie inaczej.
Kasia Mielczarek 12 lat trenowała pływanie w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Warszawie. W 1991 roku usiadła na wózek inwalidzki. Tak jak Dominik po niefortunnym skoku do wody. Na basen odważyła się wrócić dopiero po ośmiu latach. Zdenerwował ją jeden z trenerów, który stwierdził, że w takim stopniu niepełnosprawności już nic w pływaniu nie osiągnie. Pokazała, że się mylił. W 2004 roku wystąpiła na paraolimpiadzie w Atenach, potem sukcesywnie poprawiała rekordy Polski: na 50 metrów stylem grzbietowym, na 50 metrów dowolnym i na 100 metrów dowolnym...
A wszystko to dzięki Fundacji Aktywnej Rehabilitacji (FAR). Do zapisania się na zajęcia Kasię zachęcił kolega. Dominik trafił do fundacji poprzez instruktora FAR, który odwiedził go w domu rok po wypadku. - Zaimponował mi. Wjechał na wózku na czwarte piętro, po czym zaproponował mi wyjazd na obóz, żebym nauczył się samodzielności - opowiada Dominik.
Wyciągają z półżycia
Fundacja Aktywnej Rehabilitacji działa w Polsce od 1988 roku. Jej głównym celem jest aktywizacja poprzez sport ludzi po urazie rdzenia kręgowego*. - Większość tych osób przy wypisie ze szpitala usłyszało: "Resztę życia spędzisz na leżąco" - mówi wiceprezes FAR Rafał Skrzypczyk. - A my chcemy ich maksymalnie usprawnić. Jeśli ktoś trenował przed wypadkiem, to nie znaczy, że po wypadku nie może.
Fundacja dociera do ponad 90 procent spośród blisko 600 osób w Polsce, które rocznie ulegają urazom rdzenia kręgowego. Jest jedyną w naszym kraju organizacją specjalizującą się w aktywizacji niepełnosprawnych poprzez sport. - Sport jest najlepszą rehabilitacją. Pomaga każde, nawet nieświadome wyciągnięcie ręki w stronę paletki - mówi Dominik Rymer. - Gdybyśmy do tych ludzi nie dotarli, większość z nich skazana byłaby na półżycie, dlatego robimy wszystko, by dać nadzieję i pokazać, że można - wyjaśnia Skrzypczyk.
Informatorzy FAR są porozrzucani po całej Polsce. Interweniują od razu, kiedy dowiadują się o wypadku. Instruktor przyjeżdża (zawsze na wózku), gdy chory jest jeszcze w szpitalu. - Gdyby przyszedł do szpitala człowiek pełnosprawny i tłumaczył, że "oczywiście rozumie tę straszną tragedię", nikt by go nie słuchał - mówi Dominik. W szpitalu instruktorzy radzą, jak dobrać wózek i jak przystosować mieszkanie. Dla ofiar to odkrywanie Ameryki, no bo kto zaraz po wypadku zechce uwierzyć, że będzie już skazany na wózek? Jednak instruktorzy wiedzą swoje. Przyjeżdżają drugi raz i trzeci, i kolejny, aż czterokończynowy (tak trenerzy i niepełnosprawni określają osoby z porażeniem czterech kończyn) wreszcie zrozumie.
Brać z życia wszystko
Po pierwszym tak zwanym wprowadzeniu, gdy niepełnosprawny uczy się wszystkiego, co może mu się przydać w życiu, organizowany jest wyjazd na obóz rehabilitacyjny, zwykle do Spały. Trzy treningi dziennie przez 12 dni, po półtorej godziny. Instruktorzy obserwują czterokończynowych dzień i noc, podpatrują techniki ubierania się, przesiadania na wózek i ciągle uczą, jak być sprawniejszym. Tam też poznaje się ludzi, którzy wózkiem operują jak własnym ciałem i biorą z życia wszystko, co mogą w swojej sytuacji wyciągnąć.
- Staramy się unikać obiektów, gdzie są wyłącznie niepełnosprawni. Gdy jesteśmy w Spalę, jemy posiłki z najlepszymi polskimi sportowcami, śpimy w miejscach, w których i oni śpią. Nie zamykamy się w getcie. Mamy te same prawa i obowiązki - mówi Rafał. Do tej pory takich obozów odbyło się ponad sto.
W FAR można nauczyć się samej techniki jazdy na wózku, ale także tenisa stołowego, łucznictwa, pływania, treningu siłowo-kondycyjnego oraz... gry w rugby.
Treningi rugby na wózkach odbywają się raz, a czasem nawet dwa razy w tygodniu. Wolontariuszka bierze Kasię za tułów, Rafał za nogi i wkładają ją do specjalnego długiego wózka przystosowanego do gry w rugby. Dzięki czterem małym dodatkowym kółkom wózek jest stabilniejszy, a pochyłe koła ułatwiają "wjeżdżanie" piłki do ramion. Bo czterokończynowi to rzadko osoby z całkowicie porażonymi rękami. Najczęściej jest to porażenie na wysokości szóstego kręgu szyjnego. Niepełnosprawni zachowują więc kontrolę nad mięśniami odwodzącymi ramiona czy zginaczami łokcia, dzięki czemu mogą wykonywać minimalne ruchy ramionami.
Najpierw rozgrzewka. Zręcznie rolują piłkę po pochyłych kołach wózka i rzut. Blokada. Dojazd. Walka jest ostra, zgrzyt uderzanych wózków, krzyki. - Zwolnijcie tempo - prosi Rafał. Jedna z wolontariuszek zrasza wodą twarze zawodników.
Jak wynika z danych FAR, jedna piąta osób skazanych na wózek prędzej czy później popełnia samobójstwo. Statystyki te nie dotyczą jednak tych, którzy decydują się na treningi. Na wózku - jak mawiają członkowie FAR - chce się po prostu żyć. Oczywiście pod jednym warunkiem: musi to być wózek sportowy.
Judyta Sierakowska
*Fundacja zajmuje się też dziećmi z przepukliną oponowo-rdzeniową. Oprócz zajęć sportowych prowadzi kursy komputerowe i samochodowe
Sekretariat Zarządu PFRON
Tomasz Leleno
Statystyka strony: 1712 wizyt